Ceremonia pożegnalna:
Kaplica na cmentarzu komunalnym w Koszalinieczwartek 17 kwietnia 2025, godzina 14:00
Gnieźnieńska 44, 75-736 Koszalin
Ceremonia pogrzebowa:
Cmentarz komunalny w Koszalinieczwartek 17 kwietnia 2025, godzina 14:30
Gnieźnieńska 44, 75-736 Koszalin
Kilka słów o zmarłym
Pusto mi... Głucho...
I głupio mi,
Czekałam, bałam się, nie mogłam,
Tak bardzo chciałam,
Tyle myślałam i nie umiałam...
Krzysiu, nie zdążyłam...
Wiem, że słyszysz, że jesteś tu z nami,
Tak bardzo wierzyłam,
Ty wierzyłeś też, widziałam.
Dziś brak mi jest słów...
Nic się nie układa,
Sercem jedynie pustka włada,
W głowie tylko jedno pytanie,
NIKT nie zna nigdy odpowiedzi na nie,
Dlaczego? Tak szybko...dlaczego?!
Coś nam zabiera człowieka takiego?!
Zabiera nam serce, wspaniałą duszę,
Nie mogę, nie powinnam, lecz muszę..
Byłeś nam mistrzem, władałeś uśmiechem,
Wśród codzienności, lekkości echem,
Dałeś nam powód zastanowienia,
Nad całą ważnością naszego istnienia,
Tak pięknie się Twojej muzyki słuchało,
Nad iskrą ogniska, serce Twe grało,
Dźwięki gitary, Twój głos głęboki,
I szczęście w oczach i świat szeroki,
Jak morskie fale, wysokie, to łagodne,
Twój duch przemierzał nasze serca głodne,
Głodne człowieka, kojenia szukały,
Od Ciebie właśnie to wszytko dostały,
Byłeś nam mężem, tatą i wujem,
Złamane serca wiązałeś sznurem,
Tym najsilniejszym tylko Ci znanym,
Dla tych co byli Tobie "kochanym",
Na każde pytanie odpowiedź miałeś,
Czy to poważnie, czy żartowałeś,
Dzieci przy Tobie, dzieciństwa zaznały,
Boś taki Wujek, jakże wspaniały,
Twe opowieści pełne mądrości,
Jak wiele uśmiechu wzbudzały wśród gości,
Została powieść nienapisana,
Tak bardzo przez wszystkich wyczekiwana,
Na zawsze " jagódki" już będą z nami,
Cicho nucone, między wspomnieniami,
Ja także pamiętać Cię będę przyjacielu,
Jak żaden z nas, jak z nas tak wielu...
A te słowa zostały napisane przez jego najbliższych:
Nie żegnajcie mnie łzami.
Wrócę do was z wiatrem, co szumi w koronach drzew.
Zobaczycie mnie w porannej mgle i zachodzie słońca.
Każdy z nas jest opowieścią,
a gdy ciało zasypia, opowieść trwa dalej – w sercach tych, którzy słuchali.
Dziś żegnamy Krzysztofa.
Choć… czy można naprawdę pożegnać kogoś, kto żył tak mocno, kochał tak głośno i śmiał się tak, że echo jego śmiechu pewnie wciąż krąży po jeziorach i między drzewami?
Krzysztof — człowiek jak ballada. Czasem morska, czasem biesiadna, a czasem taka, że łzy leciały po policzkach.
Był jak ognisko — gromadził ludzi wokół siebie. Z gitarą, ze szklaneczką dobrego trunku, z humorem.
A jak zaczynał: „Słuchajcie, a pamiętacie ten kawał…”, to wiadomo było, że zaraz będzie śmiech do bólu brzucha…
Był kapitanem żeglugi wielkiej – wybrał tę drogę z miłości do morza, wolności i przygody.
Praca była dla niego bardzo ważna, dawała mu poczucie sensu i spełnienia.
Wielu ludziom przekazał swoją wiedzę, pasję i serce.
Był ceniony przez współpracowników – i on sam również cenił tych, z którymi pracował.
Z wieloma z nich łączyła go nie tylko praca, ale i prawdziwa przyjaźń.
Ale był kapitanem nie tylko z zawodu.
Na statku życia był sternikiem dla rodziny, kapitanem każdej imprezy, pilotem dobrego nastroju, czasem admirałem szlachetnego sporu i szantymenem przy ognisku.
Na morzu — niezawodny. Na lądzie — niezastąpiony.
A teraz? Teraz żegluje po innym oceanie.
Bez końca. Bez sztormów. Z pełnym żaglem i śpiewem mew, które pewnie sam uczy śpiewać „Gdzie ta keja”, „Kloaczy blues”, czy „Dziesięć w skali Beauforta”.
Ale zanim odpłynął, był mężem.
Nie, nie po prostu mężem.
Był kimś, kto potrafił sprawić, że Ela błyszczała. Ludzie mówili: “Ale ty promieniejesz!” — a ona tylko się uśmiechała, bo wiedziała, że to Krzysztof wypełnia ją światłem.
To była miłość od pierwszego… kilometra. W pociągu.
On — w czerwonej bandanie na szyi.
Ona — z sercem, które już wtedy wiedziało.
On był jej spokojem i jej przygodą. Jej domem i jej podróżą.
I choć dzisiaj wysiadł za wcześnie… na peronie o nazwie „Niebo”… Ela wie jedno: to on nauczył ją, co to znaczy kochać. I za to będzie mu wdzięczna do końca swoich dni.
Był też synem.
Synem, o którym każda matka marzy.
Mądry. Wrażliwy. Dżentelmen jak z książki. Szarmancki, oczytany, czuły.
Mama do dziś pamięta, jak jako chłopiec mówił do niej: „Jesteś taka piękna, jak z bajki wyśniona królewna”.
Zawsze znalazł czas na wspólną „kawkę przez telefon”, choćby był na końcu świata.
Zawsze jej chłopiec. Zawsze jej duma.
Zawsze jej serce.
Był bratem.
A z siostrą Anią — no cóż, to była miłość w stylu “kto kogo przetrzyma”.
Pamięta, jak się bawiła w pielęgniarkę i robiła zastrzyki jego „misiakom - kiciakom” , a Krzysztof… stawał w ich obronie.
Może wtedy narodziła się jego rycerskość.
Gdy pierwszy raz szedł do szkoły, zbyt mały na swój tornister, wiedział jedno — Ania jest obok i wszystko widzi. Obserwowała, jak walczył na kije z kolegami, jak się wygłupiał, złościł i śmiał. Z czasem dołączyły do tego ich filozoficzne (i mniej filozoficzne) rozmowy, spory o bzdury i śmiech do łez. Ale zawsze było pewne: kochał ją najmocniej i mogli na siebie liczyć, bez względu na wszystko.
Był tatą.
Tym, który wszedł w życie trzynastoletniej dziewczyny w najtrudniejszym czasie — dorastania.
Nie miał łatwo. Ale się nie poddał.
Zaszczepił w niej miłość do muzyki, do różnych kultur, do natury, obudził w niej ciekawość i miłość do świata.
Był jak przewodnik — nie zawsze łagodny, ale zawsze obecny.
I dziś ta dziewczyna wie: jestem, kim jestem, dzięki niemu.
I ma nadzieję, że teraz patrzy i mówi: „Dobra robota, córeczko”.
Był dziadkiem i wujkiem.
Bajkopisarzem, opowiadaczem, łowcą uśmiechów.
Walka na poduszki, szachy, planszówki, wycieczki, opowieści o piratach (często zmyślone, ale kto by sprawdzał?). Zawsze powtarzał, że ma prawo łgać, bo opłynął przylądek Horn. I pewno dlatego z taką radością zaszczepiał miłość do podróży, do odwagi by eksplorować świat.
Był dzieckiem w sercu — i to dzieci kochały najbardziej.
Był przyjacielem.
Takim, który nie pytał „co się stało?”, tylko mówił: „Gdzie? Kiedy? Jadę.”
Z gitarą, z pomocą, z dobrym słowem, ze szklaneczką dobrej whiskey.
Był tym, który nie udawał. Miał swoje zdanie, swoje zasady — ale zawsze był prawdziwy.
Za to go kochaliśmy.
Miał plany. Marzenia.
Jeszcze tyle piosenek, wierszy i wspomnień do napisania. Tyle miejsc do odwiedzenia.
Ale… już go nie ma.
A może jednak jest.
Bo czy można zgasić światło, które zapalało tyle serc?
Nie można odłożyć na półkę historii, która ciągle gra w naszych myślach.
Krzysztofie, Ty nie umarłeś.
Ty po prostu zmieniłeś port.
A my — zostajemy.
Trochę smutni.
Bardzo wdzięczni.
I z sercem pełnym Twojej opowieści, Twojej muzyki i Twojego śmiechu.
Płyń dalej, Kapitanie.
Do zobaczenia.
I choć jego rejs po tym świecie dobiegł końca, wiemy, że jego dusza płynie dalej.
Po spokojnych wodach, pod niebem pełnym gwiazd.
Bo Krzysztof zawsze był blisko żywiołów — wiatru, morza, ognia i… poezji.
-->Twoje wspomnienie o zmarłym

Napisał/a: Mateusz
Trenowałem z Krzysztofem przez kilka dobrych lat. Bardzo miły, serdeczny, ale przede wszystkim mądry życiowo człowiek o wielkim doświadczeniu. Sporą część życia spędził na morzu i to było widać w jego charakterze. Wciąż nie mogę w to uwierzyć że odszedł tak młodo...
Napisał/a: M
Tak trudno w to uwierzyć…




